Przejdź do treści

AlphaMind marketing consulting

5 najczęstszych błędów przy tworzeniu nazw marek (i jak ich unikać)

OD: Jakub J.J. Woźniak
specjalista ds. marketingu i perswazyjnej komunikacji marketingowej, autor książek

Firma, produkt, event, restauracja czy hotel – wszystko to musi mieć jakąś nazwę. Wybór odpowiedniej, atrakcyjnej i zapadającej w pamięć nazwy dla marki to jedno z największych wyzwań w marketingu. To decyzja ważna – i kosztowna. Bo ciężko ją potem „odkręcić”. Dlatego też warto poznać, jakie najczęstsze błędy są popełniane podczas tworzenia nazw dla marek.

1. Nazwa trudna w wymowie i zapisie

Często wydaje się, że nazwy będziemy używać tylko i wyłącznie w formie logo / logotypu – zapominając, że przecież w większości przypadków nazwa marki będzie funkcjonować na  językach oraz w głowach. Będzie padać w trakcie rozmów na żywo czy w internetowych dyskusji – gdzie ludzie będą ją wymawiać i zapisywać.

Lub PRÓBOWAĆ ją wymówić lub napisać 🙂

Dlatego Twoja nazwa powinna być stosunkowo łatwa w zapisie i wymowie. Dzięki temu klienci szybciej się jej nauczą i będą ją bezbłędnie powtarzać.

Wyjątkiem od tej reguły mogą być nazwy marek luksusowych, które operują na zasadach odwróconej ekonomii – regule niedostępności i odwróconego pożądania, gdzie marki nie gonią za klientami, lecz to klienci mają zabiegać o względy danej marki, która cieszy się wysokim statusem. Wtedy też nazwa marki może być celowo skomplikowana, trudna w zapisie i wymowie – tak, by klienci musieli przyłożyć się i nauczyć zapisu i wymowy, angażując się w relację z marką.

Myślę, że idealną nazwą, która tutaj pasuje, jest marka „Wittchen” – choć dość łatwo ją zapisać, problem pojawia się w wymowie (wym. „witchen”, a nie np. „witśien”). Właściciel marki postanowił przekuć to w sukces, ucząc swoich klientów prawidłowej wymowy nazwy swojej marki. Klienci więc między sobą wymieniali się informacją, jak prawidłowo wymówić nazwę marki i poprawiali się nawzajem – co zwiększało zaangażowanie w markę.

Jednak poza sferą marek luksusowych (tudzież premium czy premium+) – pozostałe marki powinny bazować na dostępności – i wybierać nazwy proste, łatwe w zapisie i wymowie.

2. Nazwa generyczna lub… zajęta

Nazwa generyczna to taka, która jest mało wyjątkowa – banalna, bez wyraźnego charakteru, nudna. To nazwa, która wydaje się na pierwszy rzut oka pasować idealnie do danej branży – jednak po głębszym zamyśle okazuje się tak mało wyjątkowa, że aż wtapia się w tłum podobnych nazw i marek. Po jakimś czasie może się okazać, że klienci mylą ją z konkurencją.

Przykładem może tutaj być firma cateringowa o nazwie „Fit Food”. Pomijając już fakt, że istnieje klika firm o takiej nazwie – sama w sobie posiada ona wyłącznie cechy, które posiada cała branża cateringu dietetycznego. Jest „fit”, mówi, że dostarcza „food” – czyli jest jakby poprawna. Ale nic więcej nie da się już o niej powiedzieć.

W pułapkę nazw generycznych łatwo wpaść w przypadku popularnych i nasyconych nisz, jak np. salony kosmetyczne, fryzjerskie czy kancelarie prawne – których pełno w każdym mieście i miasteczku. Tutaj trzeba wykazać się szczególną kreatywnością i odwagą, by znaleźć nazwę niebanalną, ciekawą i zarazem dobrze komunikującą przewagę nad konkurencją.

Nadzwyczaj łatwo także wpaść na nazwę, którą już ktoś wymyślił, a nawet zarejestrował w Urzędzie Patentowym. Co z góry skazuje taką nazwę na problemy prawne.

3. Podążanie za chwilowymi modami

Kojarzysz te wszystkie nazwy z „-pol” lub „-ex” na końcu, których szczyt popularności przypadał na lata 90.? Dziś tego typu naming obrósł w negatywne skojarzenia (złośliwie takie firmy nazywa się „Januszexami”) – więc chwytanie się takich nazw może być strzałem w stopę. Szczególnie, jeśli chcemy sprawić, by firma robiła wrażenie młodej, dynamicznej i nowoczesnej, otwartej na kreatywne rozwiązania.

Swego rodzaju ikoną stała się nazwa „Drutex”, która nie tylko garściami czerpie z tego trendu, ale dodatkowo sięga po tak lichy rzeczownik, jak „drut” – co obniża wartość postrzeganą produktów. Dodawanie taglinów po angielsku jeszcze bardzie podkreśla śmieszność brandu.

W PRL-u był taki trend namingowy (choć zapewne nikt tego tak nie nazywał), aby za nazwy lokali czy hoteli brać powszechnie pozytywnie kojarzone rzeczowniki abstrakcyjne / niesensoryczne. I tak też powstała moja ulubiona nazwa kawiarni – „Kaprys”. Mieliśmy też kluby „Albatros” czy hotele „Mewa” – jeśli tylko były choć 20 km od jakiegoś akwenu.

W ostatnich latach mieliśmy parę innych mód, jak np. dodawanie przedrostków „e-” przez nazwami, aby podkreślić, że firma działa także w internecie. Albo dodawanie „euro” (jak „Eurofirany”), bo akurat weszliśmy do Unii Europejskiej. Lub też nagminne używanie podwójnych liter w nazwach oraz stosowanie nazw w rodzaju nijakim (zakończone na „-o” lub „-e”), żeby wyglądać trochę jak Google.

Problem z tego typu nazwami jest taki, że za parę lat mogą się brzydko zestarzeć. I każdy będzie wiedział, że „to jest jedna z TYCH nazw”. Taka marka gubi swoją unikalną tożsamość, a czasem wręcz – pogrąża się w tłumie nijakiej konkurencji.

4. Zbytnie skupianie się na swoich preferencjach

Chyba szczególnie widać to w przypadku restauracji. Właściciel czasem wybiera nazwę, która JEMU dobrze się kojarzy – np. „Havana Flavours” – a klienci mogą oczekiwać bardziej lokalnych klimatów – lub przynajmniej mniej egzotycznych.

Oczywiście – taka nazwa nie jest błędem samym w sobie. Bo jeśli ktoś naprawdę wie, że kuchnia kubańska jest jego mocną stroną, to będzie w stanie przekonać do siebie klientów – nawet tych, którzy jedzą na co dzień pierogi ruskie. Jednak jeśli ma to być tylko fantazja właściciela – forma jego eskapizmu – to może to po prostu nie zadziałać.

Tutaj ważna rzecz: trzeba pamiętać, że nazwa marki (firmy, produktu, usługi, miejsca) nie jest tylko dla nas jako właścicieli marki – ale przede wszystkim jest dla klientów.

Nazwa jest narzędziem podnoszenia sprzedaży – a nie laurką czy elementem autoekspresji. Nazwa na zarabiać, a nie być przedłużeniem ego właściciela.

5. Brak sprawdzenia, jak nazwa będzie odbierana w innych językach, kulturach, krajach

Tutaj naprawdę łatwo o sporą wtopę. Klasycznym przykładem jest Kurwa Eye Center z Kalifornii.

Ktoś może powiedzieć – „Co z tego, jak ktoś nazwał firmę w Kalifornii, skoro to nie my, Polacy, jesteśmy odbiorcami marki?”. Jasne.

Ale trzeba pamiętać, że żyjemy w globalnej wiosce i wszystko, co ląduje w internecie, może być globalnie komentowane (i nawet jest, bo Kurwa Eye Center doczekała się sporego zainteresowania na Facebooku). A poza tym – w Kalifornii żyją także Polacy, którzy mogą mieć z tej nazwy niezły ubaw.

Uroczym przykładem są także wszystkie firmy, które uznały, że polskie słowo „FART” jest idealnym pomysłem na nazwę dla firmy. Mój znajomy z Anglii śmiał się 15 minut na ulicy i przesyłał zdjęcia znajomym, nie mogąc uwierzyć, że ktoś zawarł słowo „pierdnięcie” w nazwie swojego przedsiębiorstwa.

Takie błędy narażają nas na śmieszność albo wręcz hejt – zwłaszcza, jeśli negatywne skojarzenia powstają w popularnych językach, jak angielski czy niemiecki. A także takich, z którymi docelowo marka ma się kojarzyć (np. nazwa pizzerii „Avelanto” – brzmi urokliwie, ale najpewniej Włochowi skojarzy się ze słowem „avvelenato”, czyli „zatrute”…).

Na naszym rynku legendarnym przykładem marki o kiepskim starcie jest oczywiście niemiecka marka żarówek „Osram” – której nazwa wywodzi się z połączenia nazw osm oraz wolfram (dwóch popularnych pierwiastków wykorzystywanych w produkcji żarówek).

Jest to prawdopodobnie jedyny na świcie przykład nazwy, która (niezamierzenie) zaczynała jako wulgaryzm, a skończyła jako marka wyższej półki. Choć początkowo marka musiała zderzyć się z falą żartów – kosztowne reklamy poprawiające wizerunek i pozycjonujące żarówki Osram jako produkt premium pomogły.

Trzeba tutaj zaznaczyć, że ważnym elementem pomagającym marce Osram były jej niemieckie korzenie – dzięki czemu marka „odziedziczyła” solidność przypisywaną naszym zachodnim sąsiadom. Gdyby nie to – i drogie kampanie reklamowe – Osram mogłoby przejść do historii jako żenujący brand z bardzo śmierdzącą obietnicą marki…

***

Choć możliwych do popełnienia błędów w tej materii jest znacznie więcej – mam nadzieję, że te wymienione wyżej, uczulą Cię w tej kwestii i unaocznią, że wybór nazwy dla swojej marki jest trudną sztuką stąpania po minowym polu.

Chcesz uniknąć kosztownych błędów przy wyborze nazwy dla swojej marki (firmy, produktu etc.)?

Jeśli chcesz minimalizować ryzyko popełnienia fatalnego błędu przy wyborze swojej nazwy – skontaktuj się ze mną. Chętnie pomogę Ci w tym wyzwaniu – i razem stworzymy coś wyjątkowego.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.